Menu

Chattahoochee

Październik 8, 2011 - USA

Jest późny wieczór. Samochód już spakowany, dzieci śpią. Noc ma być jeszcze spokojna, ale za to nad ranem spodziewamy się sztormu, który ścigał nas już od Jacksonville. Ognisko już dogasa, noc jest cicha i spokojna. Słychać tylko odgłosy krzątajacego się Franklina. Nie, nie żółwika z bajek dla dzieci, ale naszego sąsiada z obozowiska obok. No może nie do końca z obozowiska, bo mieszka wraz z żoną w przyczepie kempingowej wielkości naszego garażu. Z zewnątrz wygląda na trzy sypialnie, dwie łazienki, piwnicę i basen z jacuzzi, ale jej właściciel powiedział, że to jest ten tańszy model. Czyli chyba nie mam bąbelków… Zresztą nieważne, bo bąbelki ma w domu odległym o dwadzieścia minut drogi.

Franklin już od wczoraj kołował nad nami. Najpierw wytłumaczył nam gdzie należy i gdzie nie powinno się robić zakupów, zaoferował pomoc przy gaszeniu ogniska i jego rozpalaniu. Widać było, że szuka towarzystwa. Agnieszka widziała jego żonę tylko raz, dziś rano, gdy wyszła się na chwilkę przewietrzyć w przerwie na reklamy. Podobno gdy ma wolne, całymi dniami odpoczywa przed telewizorem, więc Franklinowi jest po prostu smutno. Dziś gdy wróciliśmy z zakupów, wydawało się, że już na nas czeka od dłuższej chwili. Bez ociągania przystąpił do sprawozdania. Okazało się, że pod naszą nieobecność wiatr zawiał tak niefortunnie, że większość naszego sprzętu poleciała w kierunku jeziora. Na szczęście sąsiad stał na posterunku i udało mu się uratować prawie wszystko. Za wyjątkiem latarenki, ktorej będziemy musieli zafudnować nowy klosz. Franklin był tak podekscytowany, że postanowiliśmy nie wspominać, gdzie zrobiliśmy zakupy, gdyż nie było to w miejscu przez niego polecanym.

Wcześniej tego ranka sąsiad z drugiej strony, poniekąd ziom, gdyż też rezydent stanu Nowy Jork, podszedł do mnie zaaferowany i pokazał na ekranie swego laptopa, że zbliża się do nas jakiś straszliwy sztorm znad Atlantyku. Muszę tu dodać, że sąsiad porusza się dwudziestometrowym autobusem, z którego dachu wyjeżdżają antety satelitarne i inne ustrojstwa, których zastosowania nawet sie nie domyślam. Myślę, że powinienem poswięcić następny post opisowi sprzętów lokalnych kempingowczów. Wracając jednak do nadchodzącej burzy, to podejrzewam, że to ta sama, przed którą szczęśliwie udało nam się wczoraj uciec z Jacksonville. Oszacowałem więc, że mimo iż ten front atmosferyczny jest dosyć rozbudowany, to jednak nie porusza się zbyt szybko. Biorąc pod uwagę, że jutro już jedziemy dalej na zachód do Pensacoli, nie sądzę byśmy bardzo musieli się go obawiać. Profilaktycznie jednak spakowaliśmy się już dziś wieczorem i rano zamierzamy wstać skoro świt, by wyruszyć w dalszą drogę jak najwcześniej.

Wracając jednak do sąsiadów, ich usłożności i troski o nasz komfort i nasze bezpieczeństwo, to nie wiem, czy jest to właśnie ta legendarna południowa grzeczność, czy też może po prostu nuda i ciekawość pchnely ich w naszą stronę. Niezależnie od motywów, jest to jednak bardzo miłe. Dzięki takim właśnie ludziom, tak tutaj, jak i we wszystkich wcześniej odwiedzonych parkach czujemy się bardzo bezpiecznie.

Nie czujemy się niczym zagrożeni nawet w Chattahoochee na Florydzie gdzie teraz jesteśmy (czy też może gwoli ścisłości w Georgii, gdzie znajduje się park). Dopiero po rozmowie z Franklinem dociera do nas, że małe miejscowości na południu borykają się z wysokim bezrobociem, niskim poziomem edukacji, biedą i narkotykami, a co za tym idzie również wzmożoną przestępczością. Nasz sąsiad jest emerytowanym policjantem, który spędził tu cale swoje życie. Bardzo barwnie opowiedział nam historie kryminalne ze swego rodzinnego miasteczka. Oczywiście z dobrych, starych lat siedemdziesiatych i osiemdziesiątych, gdy największym problemem były tu włamania – dosłownie tylko dwa – jedno do jubilera, drugie do sklepu z bronią. W obydwu przypadkach rabusie nie byli zbyt rozgarnięci. Teraz zdarzają się morderstwa, samobójstwa i przypadkowe śmierci z przedawkowania. Policja miast łapać głupkowatych złodziei musi dziś rozpracowywać dealerów koki i laboratoria produkujące amfetaminę. Postęp…?

Pisząc te słowa patrzę na jezioro i na oświetlony most na tamie. Jutro, w drodze do Pensacoli przekroczymy go równocześnie cofając się w czasie o godzinę. Chyba nadchodzi pora na zamknięcie pierwszego rozdziału tego bloga i podsumowanie wschodniego wybrzeża USA.

Dodaj komentarz